Małżeństwa dziadków. Jeszcze stabilne, już dobrowolne

Moi dziadkowie przeżyli ze sobą 50 lat, drudzy – 40. Obserwując ich relacje ze sobą nawzajem, wiele się uczyłam, przede wszystkim – o wytrwałości, o byciu przy małżonku w zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i biedzie, w szczęściu i nieszczęściu, do końca życia.

Pomyślałam sobie wczoraj, że być może to pokolenie miało wyjątkowe szczęście, ponieważ pewne zasoby odziedziczyli po przodkach, a pewne już odkryli dla przyszłych pokoleń. Pewne rzeczy mieli jeszcze, a pewne już mieli, a nie mieli już i jeszcze aranżowanych małżeństw i powszechnych rozwodów. Na przyklad, już mogli sami wybrać sobie małżonka, nikt ich nie zmuszał i nie aranżował niczego. (oczywiście, uogólniam). Już masowo mogli wyjeżdżać na studia, już nie musieli poślubiać dziewczyny z okolicy zaraz po osiągnięciu pełnoletniości. Już mogły poczekać ze ślubem, aż znajdą tego jedynego. Już były silne i niezależne.

Z drugiej strony, dziadkowie jeszcze należeli do tych pokoleń, które wiedziały, że małżeństwo to ciężka praca, że tworzenie go wymaga wysiłku na całe życie, potrzebnego, by utrzymać relację i stworzyć dom. Jeszcze wiedzieli, że tworzenie domu to wartość. Jeszcze mieli swiadomość powagi sakramentu i związanej ze ślubem odpowiedzialności. Jeszcze nie pochłonął ich duch konsumpcjonizmu, jeszcze nie zatonęli bez reszty w koncepcie, że celem związku jest wspólne konsumowanie dóbr. Samorozwój oznaczał dla nich jeszcze proces, w którym dwie osoby zbliżają się do siebie, a nie oddalają. Jeszcze znały wartość szacunku do małżonka. Jeszcze nie kładli małżenstwa na szali samorealizacji, a widzieli je bardziej jako bezpieczną sferę i bazę, z której mogą do tej samorealizacji wychodzić.

Za to mieli już rosnącą świadomość potrzeby budowania relacji, która nie przychodzi sama z siebie, ponieważ bycie małżeństwem przestawało być takie oczywiste. Jeszcze doceniali trwałość małżeństwa, a już wiedzieli, że jest to dobrowolny wybór. Jeszcze wiedzieli, że warto je tworzyć, już pomału wiedzieli, jak – i być może warto od nich czerpać.

Kiedyś słyszałam, że koncepcja walki płci wynika z marksistowskiej koncepcji walki klas, czyli że każdy z kimś musi być w ciagłym stanie walki. A przecież moglibyśmy współpracować – może tak to przez wieki wyglądało?

Możesz również polubić

Dodaj komentarz