Uśmiech dziecka: co mnie zaskoczyło w macierzyństwie

Zastanawiałam się kiedyś, co mnie w tym moim macierzyństwie zaskoczyło. Przecież po latach życia z młodszym rodzeństwem, które przychodziło na świat aż do mojej matury – czyli przez całe życie w domu rodzinnym – niewiele mogło mnie zaskoczyć. Umiałam zmieniać pieluchy, blendować zupki, zabawiać dzieci w domu i w podróży. Ilość godzin, które spędziłam na usypianiu niemowląt i małych dzieci, jest prawdopodobnie rekordowa nawet w porównaniu z niektórymi matkami. Wielokrotnie budziłam się z młodszymi siostrami w łóżku, z czyjąś stopą na twarzy, więc i to nie mogło mnie zdziwić.

Kiedy zostałam mamą, jeszcze na etapie ciąży, w moim życiu pojawił się nowy rodzaj niepokoju: o dziecko. Czy wszystko z nim dobrze, czy nic mu nie zaszkodziło. I dość szybko zrozumiałam, że prawdopodobnie ten rodzaj lęku pozostanie ze mną już na zawsze, ponieważ na wiele czynników nie mam żadnego wpływu: nie jestem w stanie całkowicie kontrolować, co jem, co wdycham, z jakimi patogenami się stykam i jak zachowa się mój organizm. A po narodzinach dochodzi coraz więcej czynników, na które nie mam wpływu.

Macierzyństwo polega na pozwalaniu na odejście. Dziecko zagnieżdża się w ścianie macicy, żeby później z niej wyrosnąć, następnie wyjść z matki, mieć odciętą pępowinę, później także i tę ,,mleczną”; przez kilka miesięcy pozostaje na matce uwieszone, ale w kolejnych miesiącach i latach stopniowo się od niej odsuwa, fizycznie i psychicznie, żeby wreszcie wyprowadzić się i zacząć samodzielne życie. Trzeba pozwolić odejść. Jednak warto pozwalać w tempie, w jakim dziecko jest na to gotowe – lub raczej: towarzyszyć na tyle, na ile się jest potrzebną. Na początku więcej, później mniej – i na każdym etapie inaczej. Nie ma potrzeby separować dziecka i uczyć niezależności zawczasu, ponieważ na wszystko przyjdzie pora.

W moim wczesnym macierzyństwie zaskoczyła mnie właśnie ta całodobowość opieki, bycie potrzebną dzień i noc, bez przerwy. Żadnej innej, nawet najbardziej freelancerskiej pracy nie wykonywałam nigdy 24/7 bez wyraźnego deadlinu. Nawet jeśli myślałam o jakimś projekcie na okrągło, to miałam przerwę na sen. W pierwszych tygodniach z moim synem ten sen był przerywany karmieniami i dało się odczuć, że przez całą dobę jestem na dyżurze, odpowiedzialna za utrzymanie go przy życiu.

Zaskoczyło mnie także to, że wszystkie trudne chwile i poczucie niewyspania rzeczywiście niwelował jego uśmiech. Myślałam, że uśmiech dziecka to ładny slogan, cukierkowe hasło. Jednak okazało się, że to prawda. Mój syn uśmiechał się do mnie tak pięknie, że pewnego dnia aż rozpłakałam się ze wzruszenia. Ma to i swoją drugą stronę. Całkowią zależność i miłość dziecka do mnie bez względu na to, co mu zrobię. Jeśli początkowo nie zareaguję na jego prośby o uwagę, to zapomni o tym w chwili, w której jednak zareaguję. Jeśli go zranię, będzie się dopatrywał winy w sobie. Spoczywa na mnie ogromna odpowiedzialność, ponieważ mój synek, póki jest niemowleciem, będzie się przytulal i uśmiechał do mnie zawsze, niezależnie od tego, czy go skrzywdzę, czy nie.

Ilustracja: fot. Konrad Ślizień-Kuczapski

Możesz również polubić

Dodaj komentarz