Jak urodziłam w domu

Chciałam, żeby mój pierwszy poród był pozytywnym doświadczeniem, po którym nie będę się bała kolejnego. Chciałam wyjść z niego bez traumy, bez obrażeń i bez zawężonych szans na kolejny naturalny poród. Chciałam mieć z niego najlepsze możliwe wspomnienia. Zdradzę od razu: udało się! Wspominam go cudownie. A jak się do niego przygotowywałam?


Z domu wyniosłam nieufność do szpitali. Moi rodzice – lekarze – urodzili mnie w domu, w wannie, w roku 94, po tym, jak na studiach napatrzyli się na ówczesną porodówkę. Później moja mama urodziła w domu jeszcze 6 mojego rodzeństwa, w domu rodziła też moja siostra. Nie uważam, że szpitale są złe, natomiast sama nie byłam nigdy pacjentką szpitala i wydawało mi się, że nie czułabym się w szpitalu swojsko i bezpiecznie na tyle, by swobodnie rodzić. Chciałam w domu i było to dla mnie ważne; oczywiście jeśli nie będzie przeciwwskazań i komplikacji. W razie takowych miałam jechać do szpitala w Mysłowicach, bo tu, gdzie mieszkam (Częstochowa), szpitale mają fatalną reputację. 


Wyobrażałam sobie, jak chciałabym, żeby ten poród wyglądał: jak najmniej ingerencji, jak najwięcej intymności. Wyobrażałam sobie, że będę sama z partnerem, że położna będzie tylko w razie czego i żeby mąż się czuł bezpieczniej, żeby nie przytłaczała go odpowiedzialność. 


Czytałam wiele książek, w tym – Iny May Gaskin.  Przed ciążą byłam na kilku wizytach u fizjoterapeutki i rozpoczęłam masaże krocza oraz przeszłam post, żeby wyregulować organizm. Ciąża przebiegła bez komplikacji. Miałam umówioną położną, ciepłą i pełną wigoru, która jeździ do porodów z drugą, młodszą położną, również bardzo miłą i profesjonalną.  

Obawy


Od początku bałam się, że dziecko się nie odwróci głową w dół (rok temu u mojej siostry w takiej sytuacji był udany obrót zewnętrzny) I że dziecko będzie duże (mąż przy urodzeniu ważył 5 kilo, oboje jesteśmy dość wysocy; kiedy zaczęliśmy się spotykać, moja mama uslyszała o tym i żartobliwie powiedziała, żebym nie wychodziła za niego 😀 ). Sama wierzyłam w możliwość urodzenia dużego dziecka, ale jak wiadomo – dla personelu bywa to problemem 😉 Stresuję się na myśl o interwencjach medycznych i chciałam ich uniknąć. 

Bardzo bałam się indukcji i nie chciałam, żeby personel mnie do niej namawiał po terminie porodu. Byłam przekonana, że dziecko poczęło się w 18 dniu cyklu, dlatego podałam o 4 dni późniejszą datę ostatniej miesiączki, na podstawie której jest wyliczany termin porodu, taką, żeby z obliczeń wyszło, że dziecko poczęło się w 14 dniu cyklu.

Przygotowania


Robiłam ćwiczenia ze spinning babies, chodziłam do fizjoterapeutki (polecam krakowskie centrum i szkołę rodzenia Koala, jeździłam tam z Częstochowy), rozciągałam się, spacerowałam, pływałam. Ruszałam się w ciąży bardziej regularnie, niż kiedykolwiek w życiu. Po siódmym miesiącu, na zalecenie położnej, odstawiłam cukier i witaminy, żeby dziecka nie tuczyć nadmiernie. Nie wiem, czy to pomogło, ale uznałam, że każdy powód, żeby się nie obżerać słodyczami, jest dobry 😀 Co ciekawe, mój lekarz prowadzący nie sprawdzał mu wagi. Mierzył tylko obwód główki. Piłam napar z liści malin, jadłam daktyle, suplementowałam i wcierałam olej z wiesiołka. Masowałam krocze codziennie, kilka razy – zgodnie z zaleceniami fizjoterapeutki – robił to mąż. Marzyłam o tym, żeby nie pęknąć. Modliłam się o to, a także o to, żebyśmy oboje wyszli z tego porodu bez traumy mieliśmy umówioną położną. Obejrzałam też warsztatową część kursu Izabeli Dembińskiej. 


Terminy miałam dwa, z daty poczęcia na 27.12 i z usg na 23.12. Bardzo świątecznie. Nasza domowa położna stwierdziła, że dziecko prawdopodobnie urodzi się po nowym roku. Spodobało nam się to, wolałam, żeby było już z kolejnego rocznika. Lekarz dzień po terminie (28.12) już mi wystawił skierowanie do szpitala na obserwacje itp, ale nie wybierałam się tam. Chciałam poczekać do stycznia. Położna przez telefon dodała mi otuchy, mówiąc, że mam jeszcze 10 dni. I co? Delikatne skurcze poczułam już 30.12 wieczorem, ale jeszcze nie wiedziałam, że to to. 

Poród:


 Nad ranem 31.12 obudziłam się o 3, czułam skurcze – jak bóle brzucha, próbowałam coś zjeść, ale zwymiotowałam. Czułam się też, jakbym miała zaparcia. Czas płynął zupełnie inaczej – myślałam, że minęło 20 minut, a już była 6 rano. Poszłam spać, na skurczach w półśnie poruszałam biodrami i tak dotrwałam do około 9-10, kiedy mąż się obudził, powiedziałam mu że chyba rodzę, a on spytał, co ma zrobić. Powiedziałam mu, żeby zrobił rosół i sobie kawę. Wstawił rosół, umył okna, posprzątał pokój, w międzyczasie obejrzeliśmy razem jeszcze filmik o kompresji miednicy i właśnie to mi robił na każdym skurczu, odrywając się od mycia okien i sprzątania a ja na czworakach opierałam się na piłce i bujałam, buczałam, żeby wydechy były dłuższe i przeżywałam spokojnie każdy kolejny skurcz. Wiedziałam, że się skończy. Czułam pewien rodzaj bólu brzucha, ale trwał on kilkanaście sekund i potem była przerwa. Więc do zniesienia. Czułam się cały czas świadoma i przytomna.


Okazało się, że jest awaria wody miała trwać do 17-tej. Nie miałam w ogóle apetytu. Przyjechała siostra ze szwagrem, przywieźli mi coś do jedzenia – jakieś smoothie i te tubki 'anty-baton’. Mój mąż wyszedł na kwadrans i kupił 11 5-litrowych baniaków wody w tym czasie kompresję miednicy robił mi szwagier, przyznaję, że jego się przy swoim porodzie nie spodziewałam, ale miał już doświadczenie, bo rok wcześniej robił to mojej siostrze. Potem już woda z powrotem się pojawiła w kranach, a rodzina wyszła i zostaliśmy sami z mężem (i kilkudziesięcioma litrami wody, którą do dziś dopijamy). Tak z kompresją miednicy w różnych pozycjach – głównie na piłce i w leżeniu na boku – przetrwaliśmy wiele godzin. 


O 18tej weszłam do wanny, ale okazało się, że to nie było aż tak super, jak sobie wyobrażałam, bo woda nie mogła być za ciepła, żeby nie zwiększać krwawienia. Leżałam w wannie 2 godziny, mąż karmił mnie kawałkami indyka z marchewką. Nie miałam ochoty nic jeść, ale już minęła pawie doba bez jedzenia. W wannie odszedł czop. Byliśmy w kontakcie telefonicznym z położną, ale nie spieszyło nam się do wzywania jej. Po 2 godzinach zaleciła mi wyjść z wanny i przez 15 minut pochodzić po domu, wisząc na partnerze podczas skurczy i opierając się na nim. Wreszcie, koło 22, przyjechały dwie położne, jedna z nich – prosto z sylwestrowej imprezy. Miałam już pełne rozwarcie. Zbadały mnie i starsza położna prawidłowo ustawiła dziecku główkę (bo był szew w poprzecznym wymiarze). Z tego powodu cieszę się, że jednak były położne. Sama bym tego nie ogarnęła. Drugi powód, dla których się z nich cieszę, to poczucie bezpieczeństwa męża – żeby nie czuł się przytłoczony stresem. 


Potem było parcie w różnych pozycjach: stojąco, siedząco, wisząc, kucając, z jedną nogą do przodu, z rękami na piłce, leżąc na boku. W międzyczasie położne stwierdziły, że jestem już wycieńczona i podłączyły mi wzmacniającą kroplówkę, jakąś glukozę z elektrolitami. Był też wacik z oksytocyną podstawiony pod nos. Nie wiem, która była godzina, nie czułam upływu czasu. Pewnie koło północy. Eksperymentowałam z różnymi dźwiękami; za ścianą była impreza sylwestrowa, za oknem fajerwerki, więc nie było głupio hałasować, ale w pewnym momencie zaczęłam po prostu przeć nie marnując oddechu na dźwięki. To mnie zaskoczyło – wyobrażałam sobie, że będę musiała się powstrzymywać od parcia, a one jednak mnie do tego zachęcały i trwało długo. Główka powoli się przesuwała, czułam dłonią tę miękką skórę na czubku, ale o dziwo samo przechodzenie przez kanał rodny mnie nie bolało, nie czułam tego.  Ostatecznie mały urodził się w takiej pozycji, że siedziałam na kolanach męża i byłam nieco odchylona do tyłu. Jedna z położnych już się martwiła, że poród trwa za długo i coś jest nie tak z tętnem dziecka i zapowiedziała, że idzie po nożyczki. I wtedy synek wyskoczył ze mnie. Może to był ten minimalny wyrzut potrzebnej adrenaliny, a może po prostu tkanki rozciągnęły się odpowiednio i nadszedł odpowiedni moment? Urodził się o 1.20 pierwszego stycznia i ważył 3900 g. Mniej, niż się spodziewałam. Bez pęknięcia!


Co było dalej? 

Mały, wrzeszczący człowiek wylądował na moim brzuchu. Byłam zaskoczona, że jest tak mały i tak duży jednocześnie (to jednak było wcześniej trochę dla mnie abstrakcyjne, że mam w brzuchu człowieka). Urodziło się łożysko (ponadprzeciętnie duże). Położne ogarniały mnie i chciały mi podłączyć drugą część tej kroplówki, bo w międzyczasie wypadła. Tymczasem synek przestał wrzeszczeć i jakoś tak się przydusił nosem, który wetknął w moją pierś, że zaniepokoił mnie jego brak oddechu. Zaalarmowałam położne, które go szybko zreanimowały oklepywaniem, oddychaniem i odsysaniem śluzu gruszką. Przeżyliśmy chwilę zupełnie realnego przerażenia, że moglibyśmy bo teraz stracić. Potem już było dobrze, poszedł do taty na kangurowanie, zaczął pełzać i uruchomiły się wszystkie prawidłowe odruchy. Położne opatrzyły mnie i położyły do łóżka, a następnego dnia obudziliśmy się w pierwszym dniu nowego roku w nowych rolach także bardzo się cieszę, że miałam zindywidualizowaną opiekę medyczną we własnym mieszkaniu. 

To doświadczenie zweryfikowało moje idealistyczne wyobrażenia. Teraz wiem, jak to wyglądało u mnie i co ewentualnie chciałabym następnym razem zrobić lepiej: mam nadzieję, że mimo braku ochoty będę jednak jeść, mam też nadzieję, że będę aktywniej podchodziła do porodu, bo już wiem, jak się kończy i może niego będę tak psychicznie stawiała oporu przed kolejnymi etapami- mam wrażenie, że trochę niepewność, co będzie dalej i przekonanie, że poród będzie trwał długo spowodowały, że rzeczywiście trwał długo – ale może to nie miało aż takiego związku. Chociaż wydaje mi się, że moje przekonanie, że lepiej będzie doczekać do nowego roku, mogło mieć trochę wpływ. Ale nie wiem 🙂 Aha. Mąż nie wydaje się mieć traumy, nie twierdzi też, że bycie przy porodzie obniżyło jakoś moją atrakcyjność w jego oczach. Wręcz przeciwnie, jest dumny i zadowolony, sam zmienia dziecku pieluchy i zajmuje się nim jeszcze czulej, niż się spodziewałam, a spodziewałam się naprawdę, że będzie świetnym ojcem.


Pozdrawiam wszystkich, którzy doczytali do końca! 

Możesz również polubić

Dodaj komentarz