Ślub w starej sukience

Rok temu poszłam do ślubu w sukience z drugiej ręki, którą już miałam w szafie, w makijażu i fryzurze, które zrobiłam sama i wianku, który był dziełem pani Bogusi ze wsi, w której braliśmy ślub. Wiedziałam, że nie chcę być odziana w plastik i mocną tapetę, że chcę mieć wianek i że chcę przeżyć ten dzień spokojnie i właśnie z Tym Człowiekiem. Nie miałam ochoty niczego organizować, wszystkie siły włożyłam w wytrwanie w najodważniejszej decyzji mojego życia i głębokie przeżycie tego wydarzenia. Jednak miało ono miejsce w rodzinnej wsi męża, zatem trzeba było wielu kompromisów między naszym minimalizmem, a niespożytą gościnnością teściowej. Zaprosiliśmy moją rodzinę, która jest spora, do domu teściów i w chaosie dyskusji o tym, co – w myśl potężnej teściowej gościnności – podamy na obiad, zadbaliśmy o to, by pojawiły się wegańskie potrawy w menu, bo moje siostry nie jedzą mięsa. Z tej okazji nawet dwie lokalne gospodynie nauczyły się piec wegańskie ciasta! Po ślubie nasze rodziny przez dwa dni siedziały razem w domu, poznawały się, wszyscy rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali.

To nie był łatwy czas. Musiałam wielokrotnie sama przed sobą i innymi potwierdzić, że tego chcę, i wiedziałam, że będę wdzięczna za te chwile próby. Wiedziałam – jak mówił Tischner – że właśnie z tym człowiekiem przeżyję życie głębiej. Był to skok na głęboką wodę dla mnie, osoby, która, stojąc przed sklepową półką, notorycznie nie potrafiła zdecydować, który z dwóch produktów wybrać. Na szczęście przez lata obserwacji różnych małżeństw nauczyłam się, że piękna relacja na lata nie jest dziełem przypadku, ale świadomego budowania i dbania. Wiedziałam – i nadal wiem – że chcę dbać i budować i każdego dnia uczyć się robić to lepiej. A do tego potrzeba zaciekawić się drugim człowiekiem, nie oceniać, tylko być blisko.

Dzisiaj mija rok, od kiedy wstałam rano i wyszłam z domu na pomost nad jeziorem, osnutym mgłą. Słońce wynurzało się powoli, ozłacając okolice promieniami późnego lata. Mój narzeczony pływał w jeziorze, a potem ruszyliśmy w Ten Dzień. Staraliśmy się zachować spokój i skupiać na tym, co najważniejsze. I po co to piszę? Chcę zostawić ślad po uczuciach i myślach, w których od kilku dni na prowadzenie wybija się wdzięczność za Tego Człowieka i poczucie, że gdyby go zabrakło, to bardzo brakowałoby mi jego wrażliwości, mądrości, konsekwencji, siły. I żeby wszyscy, którzy czują, że wielkie, tradycyjne wesela, na które wydaje się mnóstwo kasy, są niekoniecznie dla nich, wiedzieli, że można inaczej.

Autorem zdjęć w tym wpisie jest Patryk Olczyk.

Możesz również polubić

Dodaj komentarz